wtorek, 30 lipca 2013

o boże...

wszystko spierdoliłam. B. dał mi to jasno do zrozumienia we wczorajszej wiadomości. jestem kretynką. skończoną idiotką, tylko co ja mogłam wtedy zrobić? nie pozostawało mi nic innego jak udawać że go nie zauważam. bo nie powiedziałam mu kurwa część -.- a sam też tego nie zrobił! znowu wszystko jest moją winą... bo być może jest, bo ja wiem to doskonale, że jestem głupia i nic nie warta, ale tak bardzo go potrzebuję do życia... a on mnie znienawidził, kurde, dlaczego...? za każdym razem jak postanowię się od niego "uwolnić", mówię sobie, że z nim koniec to znów pojawia się na mojej drodze. a jeszcze wczoraj obiecywałam sobie że to już naprawdę koniec, nie ma B., nie ma problemów, nie ma miłości... a teraz napisał, zjechał mnie jak sukę, znienawidził mnie, ostatecznie zakończył znajomość, a ja siedzę i ryczę... nie chcę go znać. albo chcę. sama już nie wiem. w sumie to i tak nie ma już teraz znaczenia...

poniedziałek, 29 lipca 2013

Lamentów początek...

Zawsze miałam coś przeciwko ludziom, którzy użalają się nad sobą. Ile to razy powtarzałam: zamiast marudzić, lepiej weźcie sprawy w swoje ręce i działajcie!. A ostatnimi czasy przyłapuję się na tym, że sama się tak zachowuję... Ciągłe myśli o Nim nie dają mi spokoju. A już Jego widok to zupełnie inny wymiar... A wtedy te niepokojące myśli i słowa same cisną mi się na usta. Nie mogę ich powstrzymać. Ale czy powinnam się temu dziwić, jeśli osoba, którą naprawdę kocham tak mnie wychujała? Może nie... A może właśnie tak. Bo ile to osób powtarza mi, że powinnam dać z nim sobie spokój, że jest toksyczny dla mnie i mojego życia, że przecież tak przez niego cierpię... Że widocznie nie jest mi pisany i jak nie ten, to inny. Dlaczego, kurwa, ja nie potrafię tak myśleć? Chciałabym mieć takie nastawienie. Ale nie umiem. Czy nikt nigdy nie pomyślał, jak musiałam się czuć przy tej osobie, jeśli teraz czuję się tak okropnie bez niej?
To prawda, spieprzyłam sprawę. Może na początku to była Jego wina, bo mnie olewał, miał mnie w dupie i dawał znak życia tylko wtedy, gdy nie miał kontaktu ze swoją byłą, a jeśli był z nią pokłócony to nagle przypominał sobie o mnie. Więc ja pewnego dnia (1 lipca, tak, tak...) postanowiłam zagrać w Jego grę i zrobić to samo z Nim. Gdy napisał do mnie, odpisywałam jakimiś monosylabami, bez emotek, bez wyrazu i energii. A potem go spławiłam i olałam. Nie odzywał się przez dwa tygodnie, bo czym napisał Jego kumpel (nazwijmy go P.) czy nie chciałybyśmy z przyjaciółką wpaść na imprezę na plażę razem z nimi. W pełnym szoku odpisałam, że nie wiem czy to jest dobry pomysł, bo nie gadam z Nim od dwóch tygodni. Co było potem? Och, potem wszystko potoczyło się już jak z górki! Poszłyśmy ze znajomymi, oni nas widzieli, On krzyknął mi Siema!, obściskiwał się z jakąś blondyną, ja odpłaciłam się tym samym, On chyba za dużo widział, jest na mnie cholernie, cholernie zły, napisałam do Niego, spławił mnie i olał, nienawidzi mnie, potem była kolejna impreza, znowu obściskiwał się z tą blondyną, mierzył mnie wściekłym wzrokiem albo w ogóle udawał, że mnie nie zauważa, kiedy Go mijałam totalnie mnie olewał, ale widziałam Jego wściekły wzrok, a na koniec mruknął mi ciche Cześć. I ani myśli się odzywać. Pogodził się już ze swoją byłą, kuźwa, dlaczego jej potrafi tak łatwo wszystko wybaczyć, a na mnie jest tak cholernie zły przez cały czas? Dlaczego całą winę zgania na mnie?